Spirala niewyspania

Jak przez mgłę usiłuję doczołgać się do klawiatury, właściwie tylko po to, by napisać, że padam na dziób, że przepraszam, że powinnam odzywać się częściej, że obiecałam, że zaplanowałam, że nie wyszło, że kiedyś będzie inaczej. Im jestem bliżej, tym bardziej opadam z sił, zastygam z ręką tuż nad klawiszami. Jak w tamtym śnie, gdy potykasz się tuż przed rozpędzonym tramwajem i nagle twoje ciało jest z ołowiu, nie możesz się podnieść, a od śmierci ratuje cię tylko raptowne przebudzenie. Ale teraz się nie budzę, teraz zasypiam. Budzę się dużo później. Jest noc, a na moim policzku odcisnęły się kwadraty klawiszy. Internet już śpi. Może jutro napiszę. Jutro wyjaśnię. Że padam na dziób, że przepraszam.

Advertisements

Było ciepło, ale nie upalnie

– Tak tylko myślę – powiedział, kiedy skręcaliśmy w jedną z tych wąskich uliczek o pokrętnej perspektywie – że jeżeli śni ci się jakaś postać, i ona jest jak żywa w tym śnie, to może ona jest żywa; i może jeśli potem się obudzisz i o niej zapomnisz, to tak jakby coś umarło. Ktoś. Jakby ktoś umarł.

Sobotnie przedpołudnie wydawało się stworzone na leniwą rozmowę o snach. Było ciepło, ale nie upalnie, niebo promieniowało nasyconym kobaltem. Turyści dreptali meandrami Starego Miasta, mijali nas, pokazując sobie palcem detale na fasadach zabytkowych kamienic. Słońce odbijało się w oknach mieszkań, mrużyło nam oczy.

– A jeśli nie zapomnę, to przeżyje? – pytałam półżartem. – Wierzysz w życie po śnie?

Słońce mnie oślepiało, nie mogłam zajrzeć mu w twarz. Ale wiedziałam, że nie podejmie żartu, bo jego głos był poważny, jakby chodziło o rzecz najwyższej wagi.

– Pamiętanie wymaga pewnego wysiłku – powiedział ze smutkiem. – Więcej, niż większość ludzi zwykle podejmuje. A wiesz, tak niewiele potrzeba, narysować, albo zapisać…

– Będę rysować i zapisywać, jeśli to takie istotne. Tylko szkoda, że nic godnego uwagi nie śni mi się zazwyczaj. Żadne warte zapamiętania zjawiska, rozumiesz, trzygłowe bestie ani aniołowie z  przesłaniem. Nic z tych rzeczy.

– Każdy jest godny uwagi – odparł namaszczonym tonem kaznodziei. – Pomyśl, siedzą gdzieś tam w twojej głowie, niepewni swego losu, świadomi tego, że mają tylko jedną szansę na milion przeżyć swoje życie w twoim śnie. Jeśli im nie podasz ręki, ich życie będzie krótkie, jakby go wcale nie było.

– Dlaczego to takie waż… – mój głos utonął w niespodziewanym, zwielokrotnionym dziecięcym szczebiocie. Naprzeciw nam szła kobieta z pękiem sznurków w garści, ponad jej głową mienił się wielobarwny pęk balonów; za nią biegły rozkrzyczane dzieci. Przeszliśmy między nimi, ktoś potrącił baloniarkę, krzyknęła, balony się rozproszyły, otoczyły nas, metaliczny wielokolorowy blask. Zniknęliśmy sobie z oczu i nie odnaleźliśmy się więcej, bo nagle się przebudziłam.

Biała kurtka z podbiciem koloru poziomek

Pożądam doświadczyć filmu, albo może być też książka, w ostateczności i komiks  da radę, ale żeby akcja działa się w Poznaniu, na Starym Mieście, w słoneczne wiosenne popołudnia. Barcelona ma swoją Vicky Cristinę i Cień wiatru, Francja Sabrinę, Rzym swoją Audrey Hepburn, a Poznań tylko Jeżycjadę, ale Jeżycjada dzieje się na Jeżycach, więc się nie liczy.

Więc jeśli to będzie film, niech będzie słychać stukot obcasów, pohukiwanie gołębi, niech będą długie wąskie skrawki bezchmurnego nieba nad uliczkami o zagmatwanej perspektywie. I niech z okien wszystkich mieszkań widać będzie Ratusz i koziołki, tak jak z wszystkich paryskich apartamentów widać wieżę Eiffla.

A jeśli to będzie książka, niech na okładce pojawi się losowy fragment architektury, okno z kotem i pelargoniami, obok zaciek i kawałek nagiej cegły przebijającej spod tynku. I niech będą tam akapity zapadające w wyobraźnię od pierwszego słowa na kształt “białego płaszcza z podbiciem koloru krwawnika”.

A jeśli to będzie komiks, niech przeważa w nim schludna kreska, sumienna troska o detal, pedantyczna poprawność kolorów, i tylko trochę, jakby ponad głowami przechodniów, niech się unosi melancholia.

I wiesz, ludzie, ludzie są dziećmi dużemi

I wiesz, ta fraza obija mi się echem po czaszce;  zawsze tam jest, i nawet kiedy próbuję być dla nich niedobra, okrutna, podstępna, i nawet jeśli wiem, że na to zasłużyli, to potrafię tylko przez moment, a potem widzę w nich skrzywdzonych przez życie upartych małych chłopców, rozżalonych na niesprawiedliwe dekrety matek, zabeczanych ale wciąż nieuległych i niezdolnych do przyznania się, że skłamali, że poplamili, że zjedli.

***

Jesteś fajna, ale już ci to mówiliśmy, usiądź proszę, może kawy, ten twój ostatni projekt, coś fantastycznego, super, kochamy cię; to? to wejściówka na golfa, ależ weź, to dla ciebie, co byśmy bez ciebie, naprawdę,  a to twój nowy sprzęt, nowy laptop, telefon, samochód, basen, paralotnia, jeszcze tylko tu podpisz, tak, krwią, to standardowa procedura, dziękujemy, twoje nowe biuro jest prosto i na lewo, do zobaczenia, bywaj, następny proszę.

***

Obłędny zapach pomidorów nie wydobywał się, jak początkowo sądziliśmy, zza niedomkniętych drzwi kuchni restauracji “Filigrando”. To w skrzynkach poustawianych przy każdym stoliku wzrastały w porannym słońcu sadzonki pomidorów i szczypioru. I już nie mogliśmy tam nie pozostać.

I ustaliliśmy, oszołomieni wciąż tym aromatem, że niedzielne śniadania na mieście powinny stać się naszą nową świecką tradycją, ponieważ one i tylko one mogą zrównoważyć ten niewiarygodny wysiłek, jakim jest uprzednia, też niedzielna wyprawa na pływalnię na godzinę ósmą czterdzieści pięć.

***

W niektóre dni wydaje mi się, że tylko ja tu pracuję, a cała reszta współpracowników oddaje się kompulsywnemu forwardowaniu maili, oglądaniu śmiesznych obrazków, pielgrzymkami do batomatu; słowem, rozbuchanemu lenistwu. W inne z kolei dni wszyscy pracują, a ja na skutek kosmicznego splotu zdarzeń w skrzynce pocztowej, kalendarzu, cyklu projektowym i układzie planet siedzę bez jednej myśli w głowie, forwarduję maile, oglądam obrazki, jem wafelki i przysypiam.

Może stąd bierze się to poczucie wyobcowania, że nigdy razem, nigdy wespół. Nie umiem się zgrać.

***

Nie potrafię oderwać od nich wzroku. Od ludzi biegnących do autobusu albo tramwaju. To hipnotyzuje. Muszę przystanąć, muszę wykręcić szyję, jeśli trzeba, ryzykując własne spóźnienie. Muszę wiedzieć, czy dobiegli. Patrzę, jak się patrzy na szczególnie emocjonujący fragment filmu, zasłaniając oczy, ale i tak zerkając przez szczelinę między palcami. Napinam mięśnie, przez moment jestem nią, spóźnioną gimnazjalistką albo staruszką z kulami pod pachą; studentem z niedopiętym plecakiem, księgowym w biegu gaszącym papierosa.

Jeśli dobiegną na czas, ich sukces jest moim sukcesem. Jeśli nie zdążą, jeśli się potkną, jeśli motorniczy zamknie im drzwi przed nosem, odchodzę wlokąc nogę za nogą, ze smakiem porażki w ustach.

***

Po tej stronie szyby nie znam słońca, które bym lubiła. Zimą oglądam ponurą panoramę miasta, niebo nad nią jest ciężkie i perłowe. Tęsknię za słońcem całą zimę, ale gdy wreszcie przychodzi, biuro szybko zamienia się w szklarnię. Zaciągamy żaluzje, zapalamy lampki i żegnamy aż do następnej jesieni panoramę miasta, niebo, obłoki, ptaki, czubki drzew, kominiarzy, przejeżdżające w dole autobusy i zabłąkane koty. Dopiero gdy ich nie ma, zauważamy, że ich nam brakuje.