Stara stolarnia w Krobi

Dawno, dawno temu była sobie stara stolarnia. W stolarni stały przedziwne maszyny o lśniących, nagich ostrzach i dziwnych nazwach: tarczówka, frezarka, wyrówniarka. W tych czasach nie było magii produkowanej przez małe chińskie rączki. Aby uruchomić maszyny, należało wpierw pobudzić do życia wielkiego żelaznego potwora zwanego lancbuldogiem, który wprawiał w ruch skórzane pasy transmisyjne biegnące pod podłogą. Wtedy wszystkie pozostałe maszyny ożywały jednocześnie. Migotały łapczywe zęby piły tarczowej. Od huku wirujących pod podłogą wałków ceglany budynek stolarni dygotał w posadach. W powietrzu unosiły się chmury drzewnego pyłu.

Stolarze musieli odznaczać się zimną krwią i rozwagą, by w nikłym gazowym świetle nie nadziać się ramieniem na pracujące ostrze. Gdy trzeba było naoliwić wałki pod podłogą albo poprawić pas, wysyłali pod podłogę najmłodszego. Piwnica miała tylko metr wysokości, ale zwinny młodzianek z brawurą lawirował między pracującymi pasami. Wychodził stamtąd umorusany i oblepiony pajęczynami, ale pełen triumfu.

Dawno, dawno temu stara stolarnia przechodziła z rąk pradziadka w ręce dziadka, z dziadka na ojca, z ojca na syna. Gdzie indziej dzieci uczą się czytać z elementarza, ale synkowie stolarza wodzili palcem po tabliczce, która zawierała spis narzędzi:

– Rów-niak. Zdzier-nik. Gła-dzik. Dra-pień.
– Bardzo dobrze.

Tabliczka taka wisiała przy każdym stanowisku na piętrze stolarni. Tam meble uzyskiwały swój ostateczny kształt.

Dawno, dawno temu, każde najmniejsze narzędzie miało swoje miejsce, swoją półkę, swoją szufladkę. Były półki pełne kluczy i półki pełne zamków do szaf. Szufladki na uchwyty do dłut i szufladki na klamki do drzwi.

Pora się obudzić, bo bajka się kończy. Umilkł na nierównym bruku stukot końskich kopyt i skrzypienie wozów, którymi gotowe meble opuszczały stolarnię. Pora na inną bajkę, złą bajkę, w której nie ma porządku, nie ma szufladek, są tylko gnijące deski, kurz dziesięcioleci i roztargnieni urzędnicy.

Chodzisz po cichej stolarni na palcach, ostrożnie, bo choć lancbuldog śpi, ostrza maszyn wciąż błyszczą ostrzegawczo. Oglądasz zasypane pyłem narzędzia, zwoje zapasowych pasów, pieczątkę “Zapłacono”, ślepe gazowe lampki. Wchodzisz na piętro i błądzisz po cmentarzu martwych przedmiotów, kulawych krzeseł, zakurzonych luster, połamanych krucyfiksów.

Znajdujesz fragmenty starego gramofonu, drewniane kule do petanque, parawan, który już niczego nie skrywa. Mówisz szeptem.

Słuchasz opowieści ostatniego ze stolarzy, słuchasz i wzmaga się w tobie gniew, gdy słyszysz o odrzuconych wnioskach o stworzenie muzeum, o cofniętych dotacjach, o obojętności urzędników, o gnijących pasach, które podtapia woda ze zlikwidowanego przez miasto rowu.

Po raz ostatni oglądasz się na maszyny, ze świadomością, że może nie zobaczysz już nigdy więcej, jak działał świat bez magii małych chińskich rączek.

(Fotki by małżonek. Więcej fotek.)

Advertisements

2 Responses to Stara stolarnia w Krobi

  1. opi says:

    Wszystko piękne, przedostatnia fotka pachnie niedzielnym biurem, opuszczonym tylko na chwilę, ale już jutro wypełnionym przez ludzi.

  2. d says:

    Piękna opowieść, świetne zdjęcia. Szkoda tylko, że opowieść nie masz szczęśliwego zakończenia.
    Miejsc takich jak to jest więcej, miło byłoby przeczytać, że o któreś z nich ktoś zadbał.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: